"Lista Alertów" - czy utworzenie nowego segmentu na GPW jest korzystnym rozwiązaniem dla inwestorów?
"Lista Alertów", która powstała ponad 2 tygodnie temu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych budzi wiele kontrowersji. Z punktu widzenia inwestorów wydaje się to
korzystne rozwiązanie, gdyż dzięki niej możemy dowiedzieć się, że inwestowanie w niektóre spółki wiąże się z wysokim ryzykiem. Nie są nią jednak zachwyceni sami emitenci, gdyż uważają, że na Listę
mogą trafiać "zdrowe" spółki, tylko ze względu na np. niewielkie obroty.
Na "Listę Alertów" mogą zostać zakwalifikowane spółki, które są w upadłości, wartość ich kapitalizacji nie przekracza 5 mln euro, charakteryzują się niskim poziomem płynności (w
okresie 3 miesięcy mediana liczby transakcji wynosiła mniej niż 10 transakcji na sesję lub mediana wartości transakcji była mniejsza niż 50.000 zł na sesję) oraz wysoką zmiennością kursu akcji
(średni kurs w okresie miesiąca był równy lub niższy niż 50 gr).
Do tej pory na liście znalazło się już 5 spółek. Jako pierwsza pojawiła się z powodu upadłości spółka Toora Poland. Kolejne to: Ampli, Izolacja-Jarocin, ŁDA Invest i Unima 2000
Systemy Teleinformatyczne. W ich przypadku powodem trafienia na Listę była niska kapitalizacja.
Jeżeli spółka zostanie zakwalifikowana na Listę Alertów, zarząd giełdy oznacza w szczególny sposób nazwę akcji spółki w serwisach informacyjnych
GPW lub cedule, usuwa akcje z portfela indeksów giełdowych bądź przenosi je do notowań w systemie kursu jednolitego.
Czy jednak na Listę będą trafiać spółki, w które inwestowanie rzeczywiście związane jest z wysokim ryzykiem i powinieneś brać pod uwagę, jakie firmy się na niej znalazły? Czy
może raczej obserwacja "Listy Alertów" z punktu widzenia inwestora nie ma sensu? Przeczytaj, co na ten temat sądzą eksperci.
ZDANIEM EKSPERTÓW:
Robert Kosowski
analityk, X-Trade Brokers Dom Maklerski
Od ponad 2 tygodni działa giełdowa "Lista Alertów" - pomysł zarządu Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych nowego segmentu rynku dla spółek, które mogą być obarczone wyższym ryzykiem inwestycyjnym - coś w stylu oślej ławki. Podobne rozwiązanie funkcjonowało zresztą wcześniej, jako lista spółek w specjalnej sytuacji. Lista ma służyć jako źródło informacji, szczególnie dla inwestorów z mniejszym doświadczeniem.
Wpis na listę nie jest powodem do dumy dla spółki - niewątpliwie ucierpi na tym jej wizerunek, budowany przez wyniki finansowe i giełdową wycenę, a to klucz do zdobycia zaufania inwestorów. Przez to trudniej będzie znaleźć chętnych na nowe emisje akcji, ciężko będzie też przekonać analityków do nowych pomysłów inwestycyjnych.
Zdroworozsądkowo interpretując intencje GPW, takie działanie jednak ma sens, choć być może trzeba było je przeprowadzić wcześniej, kiedy giełdą interesowały się masy inwestorów bez doświadczenia. "Lista Alertów" może wymusić na spółkach lepszą komunikację z rynkiem i dbanie o płynność papierów, czyli dostęp do nich dla nowych inwestorów - co w efekcie zwiększy zainteresowanie rynku spółką. Jak każde działanie administracyjne budzi opór, ale są chwile, kiedy takie działanie - piętnujące ale nie restrykcyjne - może przynieść efekt. Lista nie jest wieczna - co kwartał GPW będzie weryfikować status spółki i jeśli uzna, że zniknęły problemy, znika także wpis. Czy mechanizm zadziała, przekonamy się po kilku kwartałach.
analityk, X-Trade Brokers Dom Maklerski
Od ponad 2 tygodni działa giełdowa "Lista Alertów" - pomysł zarządu Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych nowego segmentu rynku dla spółek, które mogą być obarczone wyższym ryzykiem inwestycyjnym - coś w stylu oślej ławki. Podobne rozwiązanie funkcjonowało zresztą wcześniej, jako lista spółek w specjalnej sytuacji. Lista ma służyć jako źródło informacji, szczególnie dla inwestorów z mniejszym doświadczeniem.
Wpis na listę nie jest powodem do dumy dla spółki - niewątpliwie ucierpi na tym jej wizerunek, budowany przez wyniki finansowe i giełdową wycenę, a to klucz do zdobycia zaufania inwestorów. Przez to trudniej będzie znaleźć chętnych na nowe emisje akcji, ciężko będzie też przekonać analityków do nowych pomysłów inwestycyjnych.
Zdroworozsądkowo interpretując intencje GPW, takie działanie jednak ma sens, choć być może trzeba było je przeprowadzić wcześniej, kiedy giełdą interesowały się masy inwestorów bez doświadczenia. "Lista Alertów" może wymusić na spółkach lepszą komunikację z rynkiem i dbanie o płynność papierów, czyli dostęp do nich dla nowych inwestorów - co w efekcie zwiększy zainteresowanie rynku spółką. Jak każde działanie administracyjne budzi opór, ale są chwile, kiedy takie działanie - piętnujące ale nie restrykcyjne - może przynieść efekt. Lista nie jest wieczna - co kwartał GPW będzie weryfikować status spółki i jeśli uzna, że zniknęły problemy, znika także wpis. Czy mechanizm zadziała, przekonamy się po kilku kwartałach.
Marek Nienałtowski
główny analityk rynków finansowych,
Goldenegg - Niezależni Doradcy Finansowi
Nie ma co ukrywać, że "Lista Alertów" budziła i budzi ogromne kontrowersje, a samo jej utworzenie przez bardzo dużą liczbę specjalistów uważane jest co najmniej za błędne. O ile bowiem można jeszcze zrozumieć to, że w przypadku ogłoszenia upadłości emitenta warto w jakiś konkretny sposób oznaczyć daną spółkę (tu przykładem jest Toora, której w obecnej chwili towarzyszy kod LA1), to już kolejne 3 punkty pozwalające na klasyfikację do tego segmentu (wartość kapitalizacji emitenta nie przekracza 5 mln euro lub obrót akcjami emitenta charakteryzuje się niskim poziomem płynności, lub występuje bardzo wysoka zmienność kursu akcji emitenta) rodzi uzasadnione zastrzeżenia. Może się bowiem okazać, że w takich warunkach na listę będą po prostu trafiały nawet "zdrowe" spółki. Zarówno Ampli, jak i Izolacja, Lda i Unima znalazły się na Liście właśnie za zbyt niską wartość kapitalizacji i oznaczone zostały kodem LA2.
Z jednej strony trzeba stanowczo stwierdzić, że dla "zdrowych" spółek, które trafią do nowego segmentu GPW, będzie to ogromna strata z punktu widzenia wizerunkowego, a z drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że lepiej byłoby, gdyby Giełda zamiast podejmować trudno zrozumiałe w środowisku kroki i oznaczając "gorsze" z jej punktu widzenia spółki, po prostu więcej energii przeznaczała na zwykłe edukowanie uczestników warszawskiego rynku.
główny analityk rynków finansowych,
Goldenegg - Niezależni Doradcy Finansowi
Nie ma co ukrywać, że "Lista Alertów" budziła i budzi ogromne kontrowersje, a samo jej utworzenie przez bardzo dużą liczbę specjalistów uważane jest co najmniej za błędne. O ile bowiem można jeszcze zrozumieć to, że w przypadku ogłoszenia upadłości emitenta warto w jakiś konkretny sposób oznaczyć daną spółkę (tu przykładem jest Toora, której w obecnej chwili towarzyszy kod LA1), to już kolejne 3 punkty pozwalające na klasyfikację do tego segmentu (wartość kapitalizacji emitenta nie przekracza 5 mln euro lub obrót akcjami emitenta charakteryzuje się niskim poziomem płynności, lub występuje bardzo wysoka zmienność kursu akcji emitenta) rodzi uzasadnione zastrzeżenia. Może się bowiem okazać, że w takich warunkach na listę będą po prostu trafiały nawet "zdrowe" spółki. Zarówno Ampli, jak i Izolacja, Lda i Unima znalazły się na Liście właśnie za zbyt niską wartość kapitalizacji i oznaczone zostały kodem LA2.
Z jednej strony trzeba stanowczo stwierdzić, że dla "zdrowych" spółek, które trafią do nowego segmentu GPW, będzie to ogromna strata z punktu widzenia wizerunkowego, a z drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że lepiej byłoby, gdyby Giełda zamiast podejmować trudno zrozumiałe w środowisku kroki i oznaczając "gorsze" z jej punktu widzenia spółki, po prostu więcej energii przeznaczała na zwykłe edukowanie uczestników warszawskiego rynku.