Ostrzeżenie dla inwestujących w IKE i IKZE

7ba73413e387e33bcb0d34c07c96738130b78ee5-medium

Po rozmontowaniu OFE po raz pierwszy, czyli umorzeniu obligacji na indywidualnych kontach emerytów (połowa zgromadzonych środków została przeniesiona do ZUS) Adam Stańczak kilkukrotnie pisał na łamach blogów BOSSA, że nie należy mieć złudzeń co do tego, co stanie się z pozostałymi aktywami. To, kto będzie wówczas u steru władzy, nie ma większego znaczenia. Możliwość została otwarta.

W Polsce nie ma szacunku do prawa i umów. Słynne interpretacje skarbowe – zmieniające się co jakiś czas – w gruncie rzeczy są właśnie zrywaniem umów. Zmiana reguł w trakcie gry również. Tak jest w przypadku funduszy emerytalnych (OFE).

Gdy OFE powstały w 1999 roku, każdy przyszły emeryt podpisywał oświadczenia, kto będzie dziedziczył środki. Wiele osób o tym zapomniało. Każdy miał podgląd do indywidualnego konta i mógł monitorować wielkość aktywów. Ludzie nie mieli o tym pojęcia.

OFE było tylko jednym z trzech elementów trzyfilarowego systemu. Dano sobie wmówić, że wypłaty z ZUS będą wyższe niż z OFE, choć każdy z nich – wspólnie z IKE – miał stanowić element JEDNEJ wspólnej emerytury.

Od samego początku – jeszcze na łamach „Gazety Giełdy Parkiet” – pisałem krytyczne teksty o wielkości prowizji (większych kilkukrotnie niż poziom inflacji), o oligopolu (polityka OFE praktycznie się nie różniła) i bezsensownej formule wyliczania zysków. Po latach nawet na blogach bossa.pl zaczepiałem kilka razy IGTE. To był głos wołającego na puszczy. Media inne niż finansowe nie interesowały się tym tematem. Później „Gazeta Wyborcza” rozpętała kampanię walki o niższe emerytury. Trochę to wszystko jednak późno się wydarzyło. W gruncie rzeczy nie ma to już dziś znaczenia...

Za chwilę dowiemy się, że reszta pieniędzy z OFE (czyli w moim przypadku około 30 tys. zł) znów znajdzie się w innym miejscu. Może w nowo stworzonych funduszach, które znów pożrą trochę pieniędzy na koszty rozpoczęcia działalności. Może od razu do ZUS-u, a może gdziekolwiek bądź...

Czytałem w tym roku wspomnienia przedwojennego prezesa Sądu Najwyższego, Aleksandra Mogilnickiego. Mogilnicki wspomina gdy nasz minister skarbu rozmawiał z konsorcjum banków belgijskich w sprawie pożyczki. Belgowie potrzebowali jednak dodatkowych zabezpieczeń. Nasz minister zaoferował zabezpieczenie.

„– Damy panom – powiedział minister – zabezpieczenie na pierwszym numerze hipoteki nieruchomości prywatnych, których wartość będzie wielokrotnie przewyższała sumę pożyczki.

W zasadzie moglibyśmy to przyjąć – odezwał się jeden z głównych bankierów – ale to będzie bardzo utrudnione, gdyż trzeba będzie uzyskać zgodę większej liczby osób, zrobić z nimi akty notarialne itp.

To jest zupełnie niepotrzebne; wydamy ustawę i na jej mocy hipoteka zrobi odpowiednie wpisy do ksiąg hipotecznych.

Jak to, bez zgody osób zainteresowanych? A przecież tam już muszą figurować jacyś dotychczasowi wierzyciele hipoteczni, którzy również musieliby wyrazić zgodę na ustąpienie pierwszeństwa.

Nic nie szkodzi. W ustawie umieścimy przepis, że istniejące obecnie wierzytelności przesuwa się na niższy numer, a panów pożyczka będzie na pierwszym numerze.

Usłyszawszy to bankierzy skłonili się i wyszli bez słowa odpowiedzi. Minister zatrzymał jednego z nich i zapytał, co się stało. – Panie, zajął nam pan mnóstwo czasu i w końcu zakpił sobie z nas – odpowiedział zirytowany Belg.

Jak to?

Czyż pan nie rozumie, że jeżeli możecie wydać ustawę, przesuwającą wierzycieli na niższy numer hipoteki, to jutro nas tak samo, w drodze nowej ustawy, przesuniecie na niższy numer.

Pożyczka nie doszła do skutku.”

Mija niemal sto lat i nic się nie zmienia. Ja niestety nie mogę – tak, jak belgijscy bankierzy - wyjść i powiedzieć „nie zabierzecie mi moich pieniędzy”. Wszystko dlatego, że mam wrażenie, że w Polsce nie przestrzega się ciągłości prawa. Każda ekipa (dowolnych poglądów) uznaje, że to co robili poprzednicy – a nie daj Boże, będą to przeciwnicy polityczni – można zmienić i rozmontować. To, że umowy podpisywał polski rząd ze mną jako obywatelem, niewiele znaczy.

„Reformę” OFE rozpoczętą w 2013 roku, a kontynuowaną w tej chwili, śmiało powinniśmy porównywać do reformy walutowej z 1950 roku. Obywatele coś mieli, a później przestali to mieć. Bo tak trzeba. A umowy? Że trzeba ich niby dotrzymywać? Oj, to jakieś starorzymskie brednie...

Autor: Grzegorz Zalewski, blogi BOSSA